· Zaloguj się · ISSN 2083-8824
Konto
E-wokandy
Sygnatura:

Miasto:

Regulacje prawne

Publikacje

A A A

Jak Jerrt... rozdz,LVII

Rozdzial LVII


Ponury, jesienny poranek, nie nastrajał optymistycznie. Wiesław ucałował drzemiącą Justynę, podniósł się z małżeńskiego łoża i pobiegł do łazienki. Kaloryfery grzały, ale w mieszkaniu było chłodno. Wchodząc do łazienki, zobaczył, że całą noc było uchylone okno. No tak, nic dziwnego, że jest tak zimno w mieszkaniu. Justyna ostatnia kąpała się i pewnie chciała na chwilę wywietrzyć, a później zapomniała i położyła się spać – pomyślał. Zamknął okno, zwiększył zakres grzania kaloryfera i wrócił do łóżka. W łóżku, przy Justynie, było naprawdę ciepło. Postanowił poczekać, aż Justyna sama się obudzi, a w tym czasie nagrzeje się łazienka. Przymknął oczy i zaczął zastanawiać się nad rewelacjami ostatnich dni. Spodziewał się, że Marchewka zostanie wybrany do sejmu i jako posłowi przysługiwał będzie immunitet poselski. Jerry nie miał jeszcze koncepcji, jak będzie rozmawiał z panem posłem, ale przyjął do wiadomości, że współwłaścicielem restauracji „U LESIA”, jest brat żony Marchewki, Wojciech Ciepiel. Musi być wysoko w hierarchii mafijnej, jeśli to on skierował szwagra do sejmu. Opinie ludzi, którzy znali obu, nie były dla nich pochlebne.

Justyna przewracając się na brzuch, uderzyła Wiesława ręką w nos, aż mu się na kichanie zebrało. Obudziła się, spojrzała zdziwiona na leżącego obok męża i zapytała:

  • Spać nie możesz?

  • Mogę spać, ale jak walnęłaś mnie w nos, to jak mogę spać. Musiałem się obudzić – skarżył się.

  • Naprawdę spałeś? A, wiesz śniło mi się, że przyszedł do nas Marchewka i przepraszał bardzo za swojego szwagra, że napisał donosy na nas. Prosił o wybaczenie.

  • No, i co, wybaczyłaś?

  • Nie, powiedziałam, że potrzebne jest zadośćuczynienie, a nie wybaczenie. Kazałam mu zapłacić sto tysięcy złotych na charytatywny cel.

  • Przyjął? Powiedział, ze zapłacą?

  • Nie. Powiedział, że jeszcze nie zarobił w sejmie tyle pieniędzy i nie ma z czego zapłacić – uśmiechnęła się.

  • Mogłaś mu powiedzieć, że zapłacić powinien jego szwagier, bo to on napisał donosy – proponował Wiesław.

  • Ale nie powiedziałam, bo nagle znalazł się ten drugi, zapaśnik i chciał mnie złapać w pół, ale jak dałam mu w nos, to się rozpłakał, i to głośno.

  • E, to ja zajęczałem, jak walnęłaś mnie w nos – zaśmiał się – dobrze, że nie było to mocne uderzenie, bo ładnie bym dzisiaj wyglądał ze spuchniętym nosem.

  • Wstajemy? – zapytała – czy jeszcze leniuchujemy? Która to godzina?

  • Dochodzi ósma. Możemy jeszcze trochę poleżeć, pub otworzy Franciszek a kanapki rozwiezie strażnik z parkingu. Jak dojedziemy na dwunastą, to wystarczy – proponował.

  • A, tobie śniło się coś?

  • Nie, ale jak się obudziłem, to rozmyślałem nad ostatnimi dniami. Zastanawiałem się, czy to jego szwagier skierował Marchewkę do sejmu. Ktoś mu to załatwił. Mają teraz swojego człowieka, i to pewnie nie jednego. Ciekaw jestem, kiedy Marchewka przyjdzie do Jerry`ego po swoje chusteczki – uśmiechnął się – i jak to Jerry zakończy.

  • Jerry mówił przecież, że buduje dom w rejonie, gdzie mieszka Marchewka. Z tego terenu przecież startował do sejmu. Poczekamy, Jerry nie ma teraz tyle czasu co przedtem, zanim związał się z Elen – Justyna, jakby z żalem wspominała wolność kolegi.

  • Ej, moja pani, czy ty nie żałujesz, że zagarnęła go Elen? Przecież dalej obsypuje cię komplementami, może nie w takiej ilości jak poprzednio, ale jednak...

  • Kochany? Stajesz się zazdrosny? To dobrze, bo mąż powinien być trochę zazdrosny o swoją żonę – stwierdziła Justyna i podniosła się z łóżka – chodź, wstajemy. Po drodze do pubu wpadniemy do wnuka, zobaczymy jak sobie radzi. Pomyśl lepiej co mu kupić na urodziny.

Wyjechali wcześniej, bo zdecydowali, że śniadanie zjedzą w pubie. Mieli wprawdzie jechać do wnuka, ale Wiesław doszedł do wniosku, że jest za wcześnie, bo może jeszcze spać. Uradzili, ze zajrzą do niego po południu, planowali na chwilę wyrwać się z pubu i pojechać do pani Katarzyny, dowiedzieć się, jak przebiegała rozmowa w skarbówce.

W pubie, jak zobaczyli Justynę i Wiesława, pracownicy jeden przez drugiego, opowiadali zdarzenia, jakie miały miejsce zaraz po ich wyjściu z Jerry`m i Elen, w dniu wczorajszym. Okazało się, że przyszło trzech młodych mężczyzn, z których jeden przedstawił się, że jest posłem.

  • To Marchewka – uzupełnił Franciszek, - tamtych dwóch nie znałem, ale musieli być dobrymi kumplami Marchewki, bo się klepali po plecach. Nie dzwonili do pana? – spytał Wiesława.

  • Nie, może szukali Jerry`ego – domyślał się Wiesław.

  • No właśnie, pytali o pana, pytali o niego i koniecznie chcieli dostać wasze adresy zamieszkania – dodał Franciszek – ale udało mi się szybko ich spławić, bo nie chcieli usiąść do stolika.

  • W końcu powiedzieli, o co im chodzi? – spytała zaniepokojona Justyna.

  • Nie powiedzieli, prosili, żeby zasygnalizować panu i Jerry`emu, że będą dzwonili i wyszli - dorzucił Jacek.

  • No, tak – zasmucił się Wiesław – widać, że zaczynają się niepokoić. Wracajcie do pracy, my będziemy na miejscu, więc gdyby przeszli, to porozmawiamy z nimi.

Wiesław z Justyną poszli do swojego pokoju. Wiesław włączył notebooka, chcąc sprawdzić pocztę. Nie było dużo wiadomości, a te które nadeszły, szybko wykasował. Nie lubił reklam, chociaż sam też korzystał z tej formy, do rozpropagowania swojej działalności. Nawał reklam, jakie otrzymywał, powodował, że nie zawsze miał ochotę usiąść przed komputerem.

Telefonicznie próbował połączyć się z Jerry`m. Dwa razy zerwało połączenie i za trzecim razem usłyszał głos Jerry`ego.

  • Witaj Wiesiu, co potsebujes?

  • Wczoraj, po naszym wyjściu przyszło trzech młodych mężczyzn i szukali nas. Jeden z nich przedstawił się, że jest posłem, Franciszek rozpoznał go jak Marchewkę. Koniecznie chcieli się z nami skontaktować.

  • Do mnie nikt nie dzwonił, a mam telefon na wieschu, bo tak powiedziałem architektowi.

  • Będziesz dzisiaj w pubie? – dopytywał się Wiesław.

  • Nie wiem cy zdonze, bo zaraz jedziemy z Elen na budowe domu. Wies, jest ciepło to budujom, moze jak zawioze Elen do opery, to psyjade pogadać.

  • Gdyby Marchewka chciał się spotkać z tobą, to na którą godzinę go umówić?

  • Wiesiu, lice, ze po siódmej juz bende. Mozes go umówić na ósmom, to bende na pewno, Muse juz iść, bo Elen juz jest gotowa, to do wiecora, na pewno bende.

Rozłączyli połączenie i Wiesław poszedł do kuchni, gdzie Justyna uzgadniała z Janiną, co należy kupić. Zobaczył, że Justyna rozpoczyna próbowanie potraw, gotowanych przez Janinę. Pomocnica Janiny, Zosia, podaje Justynie pudełeczka z przyprawami. Justyna smakując, sama doprawia do smaku i być może dzięki temu, klienci podpytują kelnerki, kto tak smacznie gotuje w naszej kuchni. Pochwały wyrażane są Janinie, ale prawdziwym smakoszem jest Justyna i ona powinna być chwalona. Bo tak naprawdę, to jej zasługa, że Janina i jej pomocnica, Zosia, nauczyły się używać różnych przypraw, dających niepowtarzalny smak jedzonych potraw.

  • Justynko, mieliśmy jechać do pani Kasi – przypomniał Wiesław.

  • Za chwilę, nie mogę zostawić nie doprawionych potraw, bo później nie zdążymy. Tym bardziej, że mamy wpaść do syna.

  • No dobrze, dokończ, pójdę porozmawiać z Franciszkiem.

Na sali nie było dużo gości, więc Franciszek usiadł przy barze i rozmawiał z Jackiem. Z głośnika płynęły piosenki polskie, z ostatniego zakupu. Płyty wybierał Wiesław, kierując się podpowiedzią Justyny i Jacka. Jacek należy jeszcze do młodego pokolenia i orientuje się co ostatnio znalazło się na rynku muzycznym. Powiedział Wiesławowi, że korzysta z okazji i płyty z muzyką irlandzką odkłada na bok, do czasu, gdy pojawi się Jerry. Wiesław muzyki irlandzkiej nie uzupełniał, ponieważ nie orientował się, co nowego wypuszczają wytwórnie płyt. Czekał, aż Jerry ochłonie trochę z tej miłości do Elen i wróci do zajęć w pubie. Zdawał sobie sprawę, że może to potrwać kilka lat. Stojąc przy barze, zobaczył, że Justyna wyszła z kuchni i poszła na zaplecze a za chwilę, ubrana kierowała się w jego stronę. Szybko ubrał się i biorąc Justynę pod rękę, wyszli z pubu i poszli do samochodu, stojącego na ich parkingu. Wsiedli i pojechali do biura księgowego pani Katarzyny.

Pani Katarzyna przywitała ich z uśmiechem na ustach, wskazała na krzesła i zapytała, czy napiją się kawy. Wiesław może by się i napił, ale Justyna nie zwracając uwagi na jego chęci, podziękowała pani Katarzynie i przeszła do meritum rozmowy, pytając o donos, jaki miał wpłynąć do skarbówki.

  • Jaki tam donos, pani Justyno. Piszący to pismo nie mieli zielonego pojęcia, że księgowość państwa jest prowadzona przez moje biuro. Napisali dużo różnych bzdur, nie mających żadnych podstaw w tym, co robicie. Najczęściej powtarzającym się frazesem była sugestia, że zawyżacie ceny potraw i nadwyżki bierzecie do własnej kieszeni.

  • Pani Katarzyno, donos opisany był ręcznie czy na maszynie? – spytał Wiesław.

  • Chyba to wydruk komputerowy, bo krój czcionek na to wskazywał. Czemu pan pyta?

  • Przy wydruku komputerowym, informacja zostaje w komputerze i nawet gdy ją skasuje, można ją odzyskać specjalnymi programami.

  • Podejrzewacie państwo, kogoś z waszego kręgu? – zapytała pani Katarzyna.

  • Tak, mam pewne podejrzenia. Nie wiem wprawdzie jak, ale będę musiał to sprawdzić. Żona chyba mówiła pani nazwisko tego gościa, bo powiedzieli o tym w hurtowni, gdzie zaopatrują się w artykuły spożywcze. Tak głośno labiedził, że u niego w restauracji zrobiło się pusto, a w naszym pubie klientów przybyło.

  • Może ma pan rację, że to może być ten człowiek. Ja go nie znam, ale jeśli macie państwo takie informacje, to może być prawdą. Pani Justyno, nie musi się pani przejmować takimi głupstwami, wystarczyło, że w księgowości przypomniałam, że to ja prowadzę państwa rozliczenia.

Podziękowali pani Katarzynie za informacje, wsiedli w samochód i pojechali do syna, zobaczyć wnuka. Po wejściu do korytarza budynku, nie witał ich głośny krzyk. Było niezwykle cicho. Wiesław zastanowił się, czy zastaną ich w domu, bo nie zadzwonili, żeby sprawdzić. A przecież przy tej pogodzie, też mogą pójść na spacer do pobliskiego parku. Weszli na pierwsze piętro i Justyna nacisnęła przycisk dzwonka. W mieszkaniu było cicho. Odczekali jeszcze chwilę i Justyna ponownie nacisnęła przycisk dzwonka. W mieszkaniu nie było nikogo.

  • Jak nic poszli na spacer – domyślał się Wiesław – można było wcześniej zadzwonić i zapytać czy będą.

  • Co ty opowiadasz? Zawsze jak przyjeżdżaliśmy, to byli w domu.

  • Ale, teraz ich nie ma. Nie wiedzieli, ze chcemy przyjść.









Tagi: powieść
Autor: Zenon Jerzy Maron
Data: 24 luty 2015