· Zaloguj się · ISSN 2083-8824
Konto
E-wokandy
Sygnatura:

Miasto:

Regulacje prawne

Publikacje

A A A

Jak Jerry...rozdz.LX

Rozdział LX


Ledwie otworzyli drzwi pubu, gdy w telefonie Justyny odezwał się dzwonek. Na wyświetlaczu pokazał się zapis, że dzwonią z hurtowni, w której pub zaopatruje się w artykuły spożywcze i mięsne.

  • Słucham – zgłosiła się Justyna.

  • Witam pani Justyno – pozdrowił ją właściciel hurtowni, Daniel – dzwonię, bo mam niewesołe wieści – zaczął tak bardzo ogólnie.

  • Co się stało panie Danielu?

  • Jest mi strasznie głupio, ale muszę przekazać pani złą nowinę – dalej mówił ogólnikami – nie jest to moja inicjatywa, ale muszę pani przekazać, że ma pani oddać naszą kartę stałego klienta i nie będziemy już mogli panią zaopatrywać.

  • Bankrutujecie? – uśmiechnęła się Justyna.

  • Nie, pani Justyno, nie bankrutujemy, ale mam takie polecenie, żeby pani to przekazać.

  • Domyślam się, kto za tym stoi. Szkoda, współpracowało nam się bardzo dobrze...

  • Wiem, byliście bardzo dobrymi klientami, szkoda takich klientów tracić, ale nie ja za tym stoję. Nic więcej nie mogę pani powiedzieć, ale jak poprzednio powiedziałem pani o restauracji, ktoś podsłuchał i im doniósł. Być może dlatego są takie zalecenia. Pani Justyno, jak się wszystko uspokoi, zapraszam ponownie do siebie. Mam nadzieję, że jeszcze będziemy na rynku. Proszę pozdrowić męża i pana Jerry`ego. Teraz jak będzie pani pobierała towar, proszę zostawić kartę i naprawdę nie mieć do mnie pretensji. Pozdrawiam – rzucił do słuchawki i zakończył rozmowę.

Justyna zdenerwowała się takim obrotem sprawy. Miała wielką wygodę z tą hurtownią. Zamawiała towar przez internet, wszystko było pierwszej jakości, miała odroczoną płatność za towar, i wszystko było w porządku. Teraz będzie musiała poszukać nowej hurtowni i zaczynać poznawanie się od nowa. Cholera – pomyślała – i to przed samym sylwestrem. Zdawała sobie sprawę, że musi znaleźć hurtownię poza zasięgiem właścicieli restauracji „U LESIA”. Trochę dalej, ale może nie będzie już takich problemów.

Wiesław nie słyszał rozmowy Justyny, ale gdy weszła do pokoju, na zapleczu i spojrzała wilgotnymi oczyma na męża, domyślił się, że dostała przykrą wiadomość.

  • Ktoś nie żyje? – zapytał.

  • Nie kochanie, wyrzucili nas z hurtowni...

  • Z tego powodu jesteś taka rozgoryczona? – Wiesław uśmiechnął się – gdyby to było ileś lat temu, przy kryzysie jaki mieliśmy, byłby prawdziwy kłopot, ale teraz? Rozejrzyj się wokół i zobacz ile jest hurtowni, które przyjmą nas z otwartymi ramionami.

  • Masz rację, ale ja zamawiałam przez internet i transport mieliśmy w cenie...

  • Kochanie, czy nie jest już czas, żeby kupić samochód dostawczy? Przecież rozwinęłaś katering, dostarczasz kanapki do różnych instytucji na śniadanie. Możemy również na zamówienie wozić krótkie dania, wystarczy kupić termosy gastronomiczne. To wszystko przemawia za tym, żeby kupić samochód dostawczy i wozić. Potrzebny tylko dobry kierowca, ale to już mój problem. Zobaczysz, będzie wszystko dobrze. Dzwonił do ciebie Jerry?

  • Nie, nie dzwonił, a mają wpaść z Elen, na przygotowane spotkanie. Pytała Janina, czy przygotować coś specjalnego, ale sama nie wiem, co Elen lubi. Poznałam smaki Jerry`ego, a nie poznałam jeszcze smaku Elen. Może zadzwoń i zapytaj, o której przyjadą.

  • Elen ma wolne, bo jutro wyjeżdżają do Irlandii, mam nadzieję, ze wpadną na obiad. Mamy jeszcze trzy godziny, może się ujawni. Kochanie, na chwilę muszę wyjechać, chcę wejść do Krzysztofa, zapytam go, może on wie coś o tych właścicielach restauracji. Jeśli Jerry zadzwoni, daj znać, a gdy zadzwoni do mnie, dam tobie znać. To na razie, pa.

Wiesław wyszedł z pubu, wsiadł do samochodu i podjechał do komendy. Przywitał się z dyżurnym, nie tym, który żądał od niego danych, przed sprawdzeniem informacji. Wiele razy po tym zdarzeniu zastanawiał się nad reakcją dyżurnego komendy. Była to informacja o zachowaniu się innej osoby. Na parkingu nie było zakazu fotografowania, więc osoba ta nie popełniała żadnego wykroczenia, a zatem dane osoby informującej były zupełnie zbędne. Należało sprawdzić informację, zapytać, czemu ta osoba robiła zdjęcia wchodzącym i wychodzącym z komendy. Jest to nie etyczne, ale nie jest to ujawnianie danych osób, wchodzących i wychodzących z komendy. Gdyby za tym szło ujawnianie danych osobowych, tych osób, które były fotografowane, wówczas można by mówić o przestępstwie, ale to i tak osoba informująca nie musiała być ujawniona. Dobrze, że kryminalni sprawdzili, dlaczego robiono zdjęcia. Fotografujący tylko im mogli pokrzyżować plany, wiedząc, kto przychodzi do komendy. Doszedł na trzecie piętro, zapukał w drzwi naczelnika i słysząc zaproszenie, wszedł do środka. Krzysztof siedział przy swoim biurku i przeglądał jakieś papiery. Przywitali się i Wiesław usiadł w fotelu przy biurku, czekając, aż naczelnik skończy czytać.

  • Witam szefa, w czym mogę pomóc? – zapytał naczelnik.

  • Krzysiu, co tak oficjalnie? – Wiesław usmiechnął się – chciałem porozmawiać o właścicielach restauracji „U LESIA”. Fatalnie się zachowali...

- Zrobili najście?

  • Nie, nie najście, ale zakazali hurtowni w której robimy zaopatrzenie, sprzedawania nam swoich artykułów. Justyna jest trochę zmartwiona, bo musi szukać hurtowni, sprzedającej na odroczoną płatność...

  • I tym Justyna się martwi? Przecież wokół nas jest pełno hurtowni zainteresowanych sprzedażą na takich warunkach. Ale pocieszę was, niech Justyna się nie przejmuje. Jeden z mięśniaków, jak go określaliście, Mysiek i Dorszu prześcigają się w prokuraturze w wyścigu do świadka koronnego. Obaj opowiadają wszystko o grupie w której tkwili i rzecz najważniejsza, ujawnili organizatorów i całą grupę. Ten rewolwer z którym Mysiek był zatrzymany, rzeczywiście był skradziony w czasie włamania do domu policjanta i użyty przez tą grupę w czasie napadu na stację benzynową na trasie katowickiej. W magazynku pozostały cztery łuski na których znaleziono ślady linii papilarnych Myśkowego kciuka. To, że na początku nie chcieli mieć z tym przestępstwem coś wspólnego, brało się z tego, że za zabójstwo jest inne zagrożenie. Wiemy, że w tym zabójstwie brał udział ten drugi mięśniak i Dorszu. Dorszu potwierdził to dopiero teraz, bo chce za wszelką cenę uniknąć kary, dlatego mówi wszystko co wie. Tylko nadal drugi z mięśniaków, Zyga, się upiera, że rewolwer dano im u was w pubie. Sam nie może zrozumieć, jak ten rewolwer tam się znalazł. Wie pan coś o tym? – zapytał Wiesława, przyglądając się, jakby badał reakcję na to, co powiedział.

  • Krzysiu, masz nasze zeznania. Zobaczyłem rewolwer wtedy, gdy mięśniak trzymał go w górze i machał przed nosem Jerry`ego. Mówią o Marchewce? – z ciekawości zapytał Wiesław.

  • Mówią, ale szefie, na razie nie mogę powiedzieć wszystkiego. Obiecuję, że jak już będziemy mieli potwierdzone informacje, o jakich mówią obecnie to i do swojej hurtowni będziecie mogli spokojnie wrócić.

  • Aż tak duży krąg osób w to wchodzi?

  • Bardzo duży, ale o tym nie teraz, za wcześnie. Szefie muszę pojechać na spotkanie, zadzwonię jak będziemy mogli rozmawiać szerzej o tej grupie. Dobrze?

  • Krzysiu, oczywiście. Już znikam i dziękuję za słowa otuchy. Do zobaczenia.

Wiesław pożegnał się z naczelnikiem, pożegnał się z dyżurnym, wsiadł do samochodu i pojechał do pubu. Wjechawszy na parking przy pubie, zostawił samochód i wszedł do środka. Na sali było trochę ludzi, ale nie wypatrzył Justyny. Podszedł do Franciszka, zapytał, czy Justyna jest na miejscu.

  • Pewnie jest u kucharki. Uzgadnia dania na spotkanie z Jerry`m – poinformował go Franciszek.

  • Dzwonił Jerry?

  • Dzwonił do szefowej, anonsując swoje przyjście na obiad. Uzgodniliśmy, że po obiedzie, cała załoga zbierze się wokół służbowego stolika i wręczymy Jeery`emu i pani Elen, prezent jaki kupiliśmy dla nich. Pani Justyna podpowiedziała nam, żeby kupić im zmywarkę, bo Jerry nie miał...

  • Przyzwyczaił się zmywać w zlewie, tak jak robił to w stanach, gdy mieszkał już sam. Dobry zakup, powinni być zadowoleni – oceniał Wiesław – przyda im się do nowego domu.

  • To pan Jerry buduje się? – zdziwił się Franciszek.

  • Buduje i to w terenie, gdzie kiedyś był pan dzielnicowym – Wiesław roześmiał się – na pograniczu Zacisza i Marek.

  • Rzeczywiście były tam puste działki, ale ileś lat temu. Nie byłem tam dawno, nie widziałem tych terenów. Może kiedyś odwiedzę pana Jerry`ego w jego domu.

  • Miejmy nadzieję, że do tego dojdzie – zakończył Wiesław i poszedł szukać Justyny.

Znalazł ją w kuchni, gdy wspólnie z Janiną zastanawiały się nad potrawą, która będzie smakowała Elen. Jerry, zadzwonił do pubu informując Justynę, że przyjadą z Elen około drugiej na obiad i prosił coś lekkostrawnego dla siebie a dla Elen, coś hiszpańskiego. Obie kobiety mało znały Elen, nie wiedziały jaka potrawa może być jej ulubioną. Kuchnia hiszpańska była kuchnią ostrych przypraw, ale i w jej przepisach mogą być potrawy delikatne, smakujące tak delikatnym kobietom, jak Elen. Nie chciały ujawnić Wiesławowi, co przygotowały na spotkanie z Jerry`m i jego przyszłą żoną, zapewniały, że jak wszyscy posmakują, nie będą chcieli jeść innych potraw.

O wyznaczonej godzinie, przy wejściu zrobił się rumor, bo do pubu wszedł Jerry, trzymając na rękach Elen. Obsługa i goście spojrzeli zdziwieni, a Jerry śmiejąc się głośno, oświadczył Elen, że wnosi ją w swoje progi, tam gdzie powinna się czuć jak u siebie w domu. Elen też śmiała się serdecznie, mimo kilku gości kończących dania obiadowe.

  • Nie przejmujta siem – ogłosił Jerry – za kilka dni bedziem menzem i zonom, to nam jus tera wypada tak robić.

Goście kończący swoje dnia, podpytywali kelnerki, co to za uroczystość, że właściciel wnosi swoją żonę do pubu, bo tak zrozumieli deklarację Jerry`ego. Kelnerki tłumaczyły Jerry`ego, że dopiero za parę dni staną na kobiercu ślubnym, ale w Irlandii, a teraz przyszli się pożegnać ze swoimi pracownikami. Jerry i Elen usiedli z Justyną i Wiesławem przy służbowym stole i poprosili Joannę, żeby przyniosła zamówiony obiad. Za chwilę, na stole Joanna postawiła przed każdym talerz z parującym daniem hiszpańskim, będącym czymś na pograniczu zupy a drugiego dania. Podano morszczuka z groszkiem po hiszpańsku. Elen jak posmakowała pierwszy kęs, uśmiechnęła się, pochwaliła i stwierdziła, że smakiem przypomina jej danie mamy, robione na świąteczne dni. Prosiła, żeby pochwalić kucharkę, zadającą sobie dużo trudu, aby osiągnąć taki rezultat. Jerry`emu też smakowało, ale stwierdził, że lepiej by mu się jadło, gdyby mógł popić kuflem beczkowego piwa. Elen słysząc jego narzekania, powiedziała, że przecież do domu kupił sobie całą skrzynkę piwa, to może pić. Zauważyła w tym momencie, że Jerry mając pełne usta jedzenia chciał coś powiedzieć i zakrztusił się. Walnęła go mocno w plecy, Jerry złapał oddech, połknął kęsa i odpowiedział Elen, że różnica pomiędzy piwem w butelce, a piwem w beczce jest taka, jak w jej przypadku, jedzenie potrawy posolonej i bez soli. To jest coś, nie do zjedzenia. Tak i z piwem. Piwo z puszki albo z butelki jest bez smaku takiego, jaki ma piwo z beczki. Poprzekomarzali się chwilę, Joasia zebrała talerze i za chwilę przyniosła deser. Pomarańcze z rusztu. Elen nie mogła się nadziwić, komu wpadł do głowy taki wspaniały pomysł, żeby tak wspaniale ich przyjąć na obiedzie. Spojrzała na Justynę i widząc w jej oczach zadowolenie, zrozumiała, że to Justyna wybierała dla nich potrawy, dbając o delikatny smak obiadu. Do deseru Joasia przyniosła na dużej tacy kawę po hiszpańsku, specjalnie przygotowaną dla wspaniałej młodej pary, ze śmietanką, odrobiną likieru i kawałkami gorzkiej czekolady, na dnie filiżanki. Elen przypomniała sobie spotkania znajomych w swoim domu i proces przygotowania kawy przez mamę Emilię. Mama mówiła, że to jest jej tajemnica, jak przygotować tak pyszną kawę, w takim razie, jak Justyna poznała przepis na kawę jej mamy? Po chwili, pracownicy pubu, Jacek, Franciszek, Joanna i Martyna, stanęli wokół stolika, gdzie siedzieli młodożeńcy, zaintonowali pieśń – sto lat, odśpiewali i Franciszek w imieniu wszystkich pracowników pubu złożył Elen i Jerry`emu, życzenia, na nową drogę życia. Wyglądało to niezwykle uroczyście i podnośnie, gdy wszyscy po kolei obściskiwali Elen i Jerry`ego. Wybuchnęli głośnym śmiechem, gdy jeden ze stałych gości podszedł do Joasi, stojącej trochę z boku i głośno zapytał, czy nie są to urodziny córki pana Jerry`ego, bo on też przyłącza się do ogólnych życzeń. Joasia wytłumaczyła mu, że to przyszła żona Jerry`ego a nie córka. Gość spojrzał zdziwiony na Joasię, na Elen, na Jerry`ego i nie mogąc się opanować, stwierdził głośno:

  • Takiemu to i szczęście z nieba spada.

  • Panie – wtrącił się Wiesław – każdemu wolno mieć to co chce.

  • Ale ona taka młoda – zajęczał gość – jest chociaż pełnoletnia?

  • Panie, siądź pan do swojego stolika – odezwał się Franciszek – nie przeszkadzaj pan w uroczystym spotkaniu.

Elen słysząc podniesione głosy, nie mogła zrozumieć, o co chodzi w tej rozmowie, szturchnęła palcem Jerry`ego w bok i zapytała:

  • Kochanie, o co się kłócą na naszym spotkaniu?

  • Nie kłócą się, tylko ten gość pyta, czy jesteś pełnoletnia, żeby wyjść za mnie...

  • To co mam zrobić? Pokazać paszport? – zaniepokoiła się.

  • Takiego to i paszport nie przekona – uśmiechnął się Jerry – nie martw się, pan Franciszek zajmie się gościem i nie będzie nam już przeszkadzał.

Franciszek uspokoił gościa, odprowadzając go do jego stolika, powrócił do Elen i Jerry`ego, stanął na czele reprezentacji pracowników pubu wręczając Elen gwarancję i pozostałe dokumenty, poinformował, że pracownicy zakupili dla nich prezent w postaci dużej zmywarki, przydatnej w domu gdzie mieszkają. Jerry przetłumaczył Elen i Elen z radości wstała, poprosiła Jerry`ego, żeby tłumaczył jej słowa, rozpoczęła mówić:

  • Moja psysła zona mówi wam, ze jest scnsliwa, bo nie spodziewała siem, ze moze mieć zmywarke od obcych ludzi. Nie wiedziała, ze w Polsce som takie zwycaje, ze obcym ludziom tes siem wiele daje. Bo u niej w domu nie było takiego zwycaju. Mama nie dostała nic od obcych ludzi, ona tes nie dostała od obcych ludzi, a tu w Polsce wzieła i dostała. Dzienkuje wam wsyskim i zaprasa na swojom premiere w opeze, jak wrócimy po ślubie. Zawse ma dla was dobre słowo, tak mówi moja psysła zona – zakończył i ucałował Elen.

Ponieważ na sali siedzieli i inni goście, nie biorący udziału w uroczystości, nie mogli zrealizować pomysłu Jerry`ego, aby dostawić drugi stół i zrobić pełne spotkanie przy drinkach. Justyna nie chciała, aby pracownicy, nie czuli się pracownikami. Mogliby ten zwyczaj bratania się przyjąć, za normalność, czego Justyna i Wiesław unikali. Byli pracodawcami. Co innego, spotkanie z okazji świąt, gdzie można spokojnie usiąść i porozmawiać z całą załogą. To praktykują od samego początku, ale inne spotkania muszą przebiegać według innego scenariusza. Klient, dla którego spotkanie jest organizowane, musi mieć zachowaną swoją prywatność, unikając bratania się z obsługą pubu. Nigdy nie wiadomo, czemu to ma służyć.

Następnego dnia w południe, Elen z Jerry`m mają lecieć samolotem do Irlandii, z dużą ilością bagażu. Umówili się z Wiesławem, że przyjedzie po nich już o dziewiątej trzydzieści, bo zanim dojadą na Okęcie, znajdą miejsce do parkowania i dokonają odprawy, oddadzą bagaże, to pewnie upłynie więcej niż dwie godziny. Natomiast w Irlandii mają się spotkać w dzień Wigilijny, na lotnisku w Dublinie, gdzie od czternastej Jerry będzie czekał na nich z samochodem. Pojadą do syna Jerry`ego, Brendana i po wspólnej wigilii zostaną odwiezieni do domu Basi i Andrzeja, Polaków, zaprzyjaźnionych z dziećmi Jerry`ego. Na miejscu już ustalą, gdzie i z kim będą się poruszali. Jerry specjalnie chce dać im przewodnika polsko języcznego, znając ich stosunek do innych języków. Jeszcze nigdy nie usłyszał od Justyny czy Wiesława słowa wypowiedzianego w innym języku, niż polski, mimo tego, że Justyna opowiadała o swoim rocznym pobycie we Francji. Nie mówiła o nauce języka, ale domyślał się, ze francuski musiała poznać. Nie mając pewności, czy znają angielski, przyjął, że po prostu innego, poza polskim, nie znają. Nie mówił Wiesławowi, ale zastanawiał się, jak Justyna będzie świadkowała Elen. Wprawdzie druhna nie będzie w kościele ręczyła za pannę młodą, ale przy organizowaniu przyjęcia, trzeba coś powiedzić. Ażeby coś powiedzieć, to trzeba znać język. Decyzja o druhnie Justynie, zapadła bez żadnej sugestii Jerry`ego, ale dopiero później, gdy układał sobie w głowie, scenariusz ślubu i dalszej ceremonii w domu syna, zastanowił się, jak Justyna i Wiesław będą z jego dziećmi rozmawiali. Kathi i Brendan nie znają polskiego na tyle, żeby swobodnie się porozumiewać. Może poznali parę słów, przy spotkaniach z grupą Polaków, ale nie na tyle, żeby móc swobodnie rozmawiać z gośćmi. Jerry sam po sobie wie, że języka polskiego uczył się w Niu Jorku od Polaków tam mieszkających i do tej pory Wiesław mu wytyka, że mówi jak kaleka, bo kaleczy język. A jak tu nie kaleczyć, gdy mówiąc trzeba szeleścić? Musi coś wymyślić, żeby jego dzieci nie pomyśleli nic złego o jego wspólniczce i jej mężu.






Tagi: powieść
Autor: zenon Jerzy Maron
Data: 09 marca 2015